O mnieMam na imię Asteria, mam 16 lat i jestem aspirującą czarownicą. Gdy mnie zobaczysz za pierwszym razem, zauważysz okulary o grubych denkach, długie potargane włosy i poplamione tuszem palce. Noszę długi, zielono-brązowy płaszcz, spiczasty kapelusz z ogromnym rondem i wszędzie ze sobą targam woreczek z ziemią, którą nazbierałam w przydomowym ogrodzie babki. Zauważysz też pewnie mojego chowańca, Opal. Jest to niewielka smoczyca, która nigdy mnie nie opuszcza. Nasza więź jest tak silna, że często ze sobą rozmawiamy, co może postronnym wydawać się dość dziwne, i pewnie nas nie rozumieją.
Większość ludzi z wioski powiedziałaby, że jestem spokojna i rozmarzona. Ludzie mi bliscy uważają, że zawsze powinnam być pragmatyczna. Osobiście wydaje mi się, że jestem zbyt strachliwa i chciałabym być bardziej odważna.
Piszę te słowa z mojej rodzinnej wioski Fyrkat, w której mieszkam od urodzenia z moją babcią Cerridwen, lokalną czarownicą. Ludzie w wiosce mówią, że jest wycofana i marudna, ale gdy jest ze mną sam na sam potrafi być bardzo kochająca.
Odkąd zadecydowałam się zostać czarownicą, babcia stała się moją mentorką. Do tej pory uczyła mnie podstaw tajemnych sztuk. Dużo jej zawdzięczam, ale nadszedł czas, bym zaczęła praktykować na swoich własnych zasadach, z dala od czujnego oka i ochronnej ręki. Razem z moim chowańcem wyruszamy w roczną podróż podczas pełni księżyca, już za dwa dni. Mam nadzieję nauczyć się czegoś nowego pośród innych kultur i społeczności, ale chcę także udowodnić swojej mentorce, że dobrze wybrała swoją następczynię.
Gdy śnię o swoim nowym domu, często budzę się z niejasnymi obrazami smoków szybujących na bezchmurnym niebie i posmakiem ziołowej herbaty w ustach.
Najbardziej będę tęsknić za babką, która do tej pory była dla mnie ostoją, wiedzą, pomocną dłonią i całym światem. Wychowywała mnie, dbała o mnie i rozumiała jak nikt inny w wiosce, która na naszą formę magii patrzy spode łba. Nie będę natomiast tęsknić za niespokojnymi spojrzeniami, dziwnymi pytaniami czy szeptami za plecami. Ciągle śni mi się po nocach, że gdy powrócę, babci już zabraknie, lub że mieszkańcy wioski przegonią ją stąd na dobre. Boję się, że wrócę tak samo nieświadoma jak jestem teraz, i że niczego się nie nauczę, a przez to nie będę w stanie jej pomóc.
Na dwa dni przed wyruszeniem w podróż spotkałam Holmoak, córkę najbogatszego rybaka w całej okolicy. Próbowała się ze mnie wyśmiewać, pytając, czy już skleiłam sobie łódkę z patyków, czy zamierzam zaczarować sobie miotłę i odlecieć w siną dal. Korciło mnie, by zdzielić to zarozumiałe dziewuszysko w ten pusty łeb tak, by echo się poniosło, ale czułam czujne spojrzenie babki na plecach. Odpowiedziałam jej tylko, że nie musi zaprzątać sobie swojej wywietrzonej przez morskie wiatry główki kwestią mojego transportu i poszłam w swoją stronę. Rok bez patrzenia na tą zarozumiałą flądrę brzmi jak spełnienie marzeń.
Na dzień przed wyjazdem stary znajomy babki, stolarz poprosił mnie o pomoc - miałam rzucić zaklęcia wspomagające na przedmioty, które zabierał ze sobą na targ w Ediros na sprzedaż. Kilka prostych czarów zawsze pomagało drewnianym meblom i bibelotom lepiej znosić trud podróży. Gdy przeglądałam wytworzone przez niego krzesła i stoły, wypowiadając kolejne słowa, przyglądał mi się z uwagą. Zawsze niewiele mówił, dlatego zaskoczyło mnie, gdy po skończonej pracy, wręczając mi należne srebro, powiedział, że dobry rzemieślnik nie oferuje wielu rzeczy, za to tylko te najlepszej jakości. Skinęłam głową i podziękowałam, choć jeśli mam być szczera, to do tej pory nie jestem pewna, co chciał mi przez to przekazać.
Księżyc oświetlał srebrnym blaskiem leniwie rozbijające się o piaszczysty brzeg fale, gdy wraz z babką pakowałam do łodzi ostatnie bagaże. Choć nie miałam ich ze sobą dużo, trudno było dla nich znaleźć miejsce w wypełnionej po brzegi łodzi. Odpływałam wraz ze stolarzem, który miał odstawić mnie do Ediros, skąd kolejny stary znajomy babci obiecał zabrać mnie na główny ląd. Babcia zna zaskakująco dużo ludzi jak na fakt, że prawie nigdy nie opuszczała wioski.
Oprócz naszej trójki nad wodą nie było nikogo. Pracowaliśmy w ciszy, a gdy łódź odmówiła przyjęcia większej ilości bagażu, po raz ostatni przytuliłam babcię. W odpowiedzi otrzymałam stanowcze, ciepłe poklepanie po plecach. Drugą ręką wcisnęła mi w dłoń małą kościaną figurkę kociołka do przyrządzania mikstur. Z wdzięcznością kiwnęłam głową i schowałam ją do kieszeni płaszcza. Babcia życzyła mi bezpiecznej podróży, a mnie wzruszenie i strach ściskały zbyt mocno za gardło, by wydusić z siebie coś więcej niż krótkie "Do zobaczenia za rok". Stolarz obiecał się mną zająć, po czym oboje wsiedliśmy do obładowanej łodzi i powoli odbiliśmy od brzegu. Gdy po raz ostatni się obróciłam, babcia wciąż stała w miejscu, nieporuszona, a morska woda obmywała jej stopy. Niepewnie podniosłam rękę i pomachałam na do widzenia, po czym obróciłam się w stronę stolarza i chwyciłam swoje wiosło.
Pierwszy raz podróżowałam bez babki tak daleko. Stary stolarz nie był wybitnie rozmownym towarzystwem, ale może to i lepiej. Przez wiele godzin towarzyszył nam tylko łoskot fal rozbijających się o kadłub łodzi. Za mapę służyły gwiazdy, a później niewielka latarnia morska u brzegu Ediros.
Rytmiczne kołysanie wody działało usypiająco, choć przez długi czas walczyłam ze snem. W końcu stary stolarz po tym, jak w półśnie prawie wypuściłam wiosło, kazał mi położyć się pod ławą w jedynym wolnym kącie. Nawet nie próbowałam protestować, tylko zsunęłam się cicho z siedziska, otuliłam mocniej płaszczem i zasnęłam.
Wczesnym rankiem przybiliśmy do brzegu. Okolica, spowita gęstą mgłą, leniwie budziła się wraz z pierwszymi promieniami słońca. Niewyspana i pognieciona pomagałam przy wyładowywaniu inwentarza z łodzi. Na szczęście stolarz zwołał do pomocy kilku rosłych chłopaków i razem w miarę szybko uwinęliśmy się z pracą. W trakcie rozładunku zauważyłam, że stojąca przy jednym z rybnych straganów kobieta przyglądała nam się uważnie. Po równie szpiczastym kapeluszu co mój rozpoznałam w niej czarownicę. Babka opowiadała mi kiedyś, że najbardziej znaną w miasteczku wiedźmą była ruda jak wiewiórka Gulla, specjalistka od zdejmowania klątw i warzenia eliksirów. I rzeczywiście, w porannym słońcu długie, gęste loki wysypujące się spod kapelusza przypominały żywy, nieokiełznany płomień.
Gdy wyłowiła moje spojrzenie, kiwnęła na przywitanie głową. Odwzajemniłam gest z takim impetem, że o mało nie rozbiłam czoła na niesionym właśnie w rękach krześle. Kobieta, gdy już uspokoiła chichot, podeszła bliżej. Przedstawiła się, a iskierki rozbawienia w jej bursztynowych oczach nie chciały zgasnąć. Z uprzejmym uśmiechem poinformowała mnie, że nasza wspólna znajoma poprosiła ją, by zabrała mnie ze sobą w podróż na kontynent, do miasta Trelhrad. Nie mogła długo rozmawiać, wymawiając się sprawami niecierpiącymi zwłoki do załatwienia przed wyjazdem, dlatego wręczyła mi kartkę z adresem, pod którym miałam się stawić następnego dnia, by wyruszyć razem w podróż. Podekscytowana, podziękowałam za opiekę i pożegnałam się z nią. Pożegnałam się również ze stolarzem, który na odchodne życzył mi bezpiecznej podróży.
Chciałam pozwiedzać portowe miasteczko, ale zmęczenie po kiepsko przespanej nocy szybko dało o sobie znać. Ograniczyłam się tylko do uzupełnienia zapasów na podróż o przedmioty, których nie dało się kupić w mojej rodzinnej wiosce i zjedzenia posiłku w małej karczmie tuż przy wyłożonym kamieniami brzegu. Już późnym popołudniem zaległam jak długa w małym, ciasnym pokoju wynajętym od karczmarki. Sądziłam, że zmęczenie szybko złoży mnie do snu. Ekscytacja pozwoliła mi zasnąć dopiero po dobrych kilku godzinach.

Zerwałam się z łóżka, gdy miedziane dzwony rybaków oznajmiły otwarcie rybnego targu tuż pod moim oknem. Nie miałam za wiele do pakowania, a słońce jeszcze nie wzeszło, więc pozwoliłam sobie poświęcić chwilę, by przyjrzeć się pracującym sprzedawcom. Uwijali się niczym mrówki, wystawiając na drewniane lady świeże, jeszcze żywe ryby. Każdy z nich miał przewiązaną na ramieniu lub głowie zieloną chustę. Gdy spytałam później o to Gullę, wytłumaczyła, że przed każdym wypłynięciem ukochane zawiązywały swoim rybakom zieloną chustę, by na przepastnym, niebezpiecznym morzu przypominała im o zieleni lasów i łąk, by mogli bezpiecznie powrócić z wyprawy. Uświadomiłam sobie wtedy, że gdy tylko opuściłam rodzinną wioskę, natychmiast porzuciłam rodzinną tradycję porannej modlitwy do duchów. Chciałam usprawiedliwić się przed samą sobą podekscytowaniem i zmęczeniem, ale w głębi duszy musiałam być ze sobą szczera - uznawałam codzienne proszenie o ochronę za zbędne i sztukę dla sztuki. O wiele lepiej sprawdzało się przecież palenie ofiary z ziół, kości i talizmanów tuż przed rytuałem. Skoro duchy nie obraziły się na mnie za tyle dni bez zwracania się do nich i pozwalały dalej bezpiecznie podróżować, może od początku nie miały wpływu na moją wyprawę?
Cały następny dzień spędziłyśmy na grzbiecie Vigdis, złotołuskiej smoczycy Gulli. Choć kilkukrotnie widziałam smoki przelatujące nad naszą małą wyspą, sama nie miałam jeszcze nigdy okazji dosiąść tego wspaniałego stworzenia. Kusiło mnie, by odpiąć od pasa słoik i zajrzeć do hibernującej na czas podróży Opal, ale wiedziałam, że bardzo źle zniesie pobudkę. Na pewno mi nie uwierzy, kiedy opowiem jej już o wszystkich przygodach, które przespała!
Nie uwierzy mi też pewnie, że w drodze do Trelhradu leciałyśmy nad prześliczną wioską, położoną przy ujściu rzeki. Gulla mówiła, że miejscowość nazywa się Łuna i zamieszkiwana jest głównie przez lud Arkończyków, wierzących w cztery bóstwa i parających się rzemiosłem. Opowiadała mi również, że to prawdopodobnie stąd wywodzi się znany wróżbita, który już niejednokrotnie pomagał ocalić kontynent przed niebezpieczeństwem. Dachy ustawionych wzdłuż głównego traktu drewnianych domków z góry przypominały wyglądem łuski wielkiej szyszki. Maleńcy ludzie, spieszący do swoich codziennych zajęć, wyglądali z odległości niczym mrówki, a całe miasteczko niczym ciężko pracujące mrowisko. Gullę trochę bawiła moja fascynacja tym krajobrazem, ale nie robiła mi z tego powodu przytyków. Powiedziała tylko, bym zachowała zachwyty na danie główne.
TrelhradTrelhrad leży nad ujściem ogromnej rzeki, więc na pierwszy rzut oka nie różni się za bardzo od innych portowych miasteczek (oprócz rozmiaru oczywiście). Za tło miasta służyły wzniesienia, które na horyzoncie zmieniały się w niewielkie pasmo górskie. Na czystym niebie szybowały dwa młode smoki, kołując nad kamiennymi budynkami w leniwym tańcu. Gdy podleciałyśmy bliżej, dostrzegłam tłumy ludzi: handlarzy zachwalających swój towar na zatłoczonych ulicach, trupę teatralną szykującą się do występu, grupkę wędrowców szykujących się do kolejnej wyprawy oraz straże, pilnujące porządku.
Po wylądowaniu na pobliskiej łące (a może raczej powinnam powiedzieć lądowisku?) udałyśmy się prosto w to hałaśliwe, duszne, pachnące świeżą rybą i przyprawami miasto. Nikt nie zwracał na nas wielkiej uwagi. Znając życie, w takiej metropolii czarownic mieli na pęczki. Każdy z mijanych przez nas przechodniów zajęty był własnymi sprawami: jedni szeptali modlitwy, inni wykłócali się o ceny ozdób, a jeszcze inni głośno rozprawiali o nadchodzącym występie. Wśród mieszkańców najwyraźniej sporo osób parało się zawodami związanymi z wodą, bo dostrzegłam mnóstwo zielonych chustek - nosili je przechodnie, przystrajano nimi stragany z bibelotami, nawet proporce z herbem miasta były zielone. Cóż, to w końcu miasto portowe, chyba nie powinnam się temu dziwić.
Z miłym zaskoczeniem odkryłam natomiast małą kapliczkę z wyrzeźbioną w drewnie podobizną Silana, przy której starsza kobieta składała w darze chleb i pieczoną rybę. Co prawda w moich rodzinnych stronach wierzono w inne bóstwa, a ja sama nie czułam się z tymi wierzeniami przesadnie związana, ale miło było zobaczyć tak znajomy widok w zupełnie obcym mieście.